Diecezja Warszawsko-Praska
Weselcie się nadzieją
List na Adwent 2005

„Weselcie się nadzieją” (Rz 12,12)

List Biskupa Warszawsko-Praskiego
Arcybiskupa Sławoja Leszka Głódzia
na Adwent 2005 r.


Drodzy Bracia i Siostry,

Rozpoczynamy Adwent. Ma on podwójne znaczenie. Mówi nam o zbliżających się świętach Bożego Narodzenia, podczas których będziemy wspominać pierwsze przyjście na świat Syna Bożego w ludzkiej naturze. A jednocześnie przypomina o powtórnym przyjściu Chrystusa na końcu czasów. Do obydwu tych wydarzeń powinniśmy się właściwie przygotować.

Z Adwentem rozpoczynamy nowy rok liturgiczny i duszpasterski. Zgodnie z decyzją Konferencji Episkopatu Polski jest on poświęcony przywracaniu nadziei ludziom ubogim duchowo i materialnie. A zatem każdemu z nas. Bo któż z nas nie potrzebuje nadziei? Zwłaszcza tej nadprzyrodzonej.

Adwent jako czas nadziei

Adwent jest dla chrześcijanina szczególnym czasem nadziei. To przecież oczywiste, że z serdeczną nadzieją oczekujemy Bożego Narodzenia. Przychodzi nam to tym łatwiej, że wspomniane Święta wywołują w nas najcieplejsze uczucia. Wracamy wtedy myślą do rodzinnego domu, do stołu wigilijnego, do choinki i śpiewu kolęd. Myślimy o gwiazdkowych upominkach i o innych przejawach wzajemnej życzliwości. Wtedy wyciągnięcie w stronę drugiego człowieka ręki z opłatkiem staje się czymś tak naturalnym, że zrozumiałym również dla tych, którzy na co dzień nie podzielają naszej wiary.

Widok Matki Bożej i św. Józefa, do których przychodzi Anioł z orędziem nadziei, jest nam wyjątkowo bliski: „Nie bój się Maryjo, znalazłaś bowiem łaskę u Boga. Oto poczniesz i porodzisz Syna, któremu nadasz imię Jezus” (Łk 1,30-31). „Józefie, synu Dawida, nie lękaj się wziąć do siebie Maryi, twej Małżonki, albowiem z Ducha Świętego jest to, co się w niej poczęło” (Mt 1,20). Słowa te przekonują nas, że za niezrozumiałymi dla człowieka wydarzeniami stoi sam Bóg. On miłosiernie czuwa nad wszystkim.

Znacznie trudniej jest odnaleźć w sobie tę nadzieję, która ma ożywiać nasz Adwent rozumiany jako czas przygotowania na ostateczne przyjście Chrystusa. Do tego zbawczego wydarzenia podchodzimy czasami z lękiem i niepewnością. Niezależnie od tego, że podczas Mszy świętej często wypowiadamy słowa: „Głosimy śmierć Twoją, Panie Jezu, wyznajemy Twoje zmartwychwstanie, i oczekujemy Twego przyjścia w chwale” (Aklamacja po Przeistoczeniu).

Coś jednak sprawia, że nasze oczekiwanie na powtórne przyjście Chrystusa nie jest tak serdeczne, abyśmy mogli wyrazić je bez zastrzeżeń słowami zapisanymi w Apokalipsie: „Amen. Przyjdź Panie Jezu” (Ap 22,20). Tego przyjścia na końcu czasu oczekujemy w nieco innym nastroju niż świąt Bożego Narodzenia.

Dlaczego tak się dzieje? Głównie chyba dlatego, że człowiekowi z natury łatwiej przychodzi pragnąć tych dóbr, których istnienia doświadcza na co dzień, niż tych, o których Apostoł napisał: „Ani oko nie widziało, ani ucho nie słyszało, ani serce człowieka nie zdołało pojąć, jak wielkie rzeczy przygotował Bóg tym, którzy Go miłują” (1 Kor 2,9). Szczęście obiecane nam w Królestwie Bożym jest bowiem niepoznawalne dla ludzkich zmysłów.

Cnota nadziei

Żeby pragnąć tego, co niebieskie tak samo, a nawet bardziej niż tego, co ziemskie, człowiek musi przekroczyć samego siebie – swoje fizyczne uwarunkowania. Potrzebuje do tego nadprzyrodzonej pomocy. I taką właśnie otrzymuje od Boga zawsze, ilekroć Go o to prosi.

Ten nadprzyrodzony dar nazywamy cnotą nadziei. Jest ona, obok wiary i miłości, jedną z trzech cnót Boskich. Czyli takich, które mają swoje źródło w Bogu i nie można ich wypracować własnym wysiłkiem. Chociaż powinniśmy je w sobie pielęgnować i rozwijać.

„Nadzieja – czytamy w Katechizmie Kościoła Katolickiego – jest cnotą teologiczną, dzięki której pragniemy jako naszego szczęścia Królestwa niebieskiego i życia wiecznego, pokładając ufność w obietnicach Chrystusa i opierając się nie na naszych siłach, ale na mocy łaski Ducha Świętego” (KKK 1817).

Przez cnotę nadziei Bóg umacnia naszą wolę, abyśmy się nie zniechęcili i nie osłabli w wysiłkach dla osiągnięcia nieba. Abyśmy nie zwątpili, że wszystko, co Bóg dla nas przygotował w wieczności, możemy zdobyć z Jego pomocą. „W nadziei bowiem już jesteśmy zbawieni” (Rz 8,24).

Potwierdzeniem wiarygodności nadziei, którą Bóg daje człowiekowi, jest Jego miłość rozlana w naszych sercach przez Ducha Świętego. (por. Rz 5,5) Dlatego autor Listu do Hebrajczyków wzywa: „Trzymajmy się niewzruszonej nadziei, którą wyznajemy, bo godny jest zaufania Ten, który dał obietnicę” (Hbr 10,23).

Brak nadziei jest główną przyczyną smutku i lęku, który pojawia się wobec zapowiedzi powtórnego przyjścia Chrystusa. Dlatego tych, którzy uwierzyli, św. Paweł wzywa, aby „nie smucili się jak wszyscy ci, którzy nie posiadają nadziei” (por. 1Tes 4,13). I nawet w obliczu prześladowań, jakie dotykały pierwszych chrześcijan, zachęcał ich: „Weselcie się nadzieją” (Rz 12,12).

W kręgu ziemskich nadziei

Dlaczego więc dzisiaj, mimo braku zewnętrznych zagrożeń, nasze chrześcijaństwo jest smutne? Dlaczego nie promieniuje nadzieją? Takie pytania stawiają nam często ludzie niewierzący i stawiamy je my sami.

Wielu chrześcijan w swojej postawie religijnej jest rozdwojonych i niezdecydowanych. Przypominają ewangelicznego Zacheusza, który chciał wprawdzie widzieć Chrystusa, ale nie planował pójść za Nim. Dlatego ukrył się w gałęziach sykomory, by na wszystko patrzeć z bezpiecznego dystansu.

Nagle wszystko się zmieniło, gdy Chrystus zawołał: „Zacheuszu, zejdź prędko, albowiem dziś muszę się zatrzymać w twoim domu” (Łk 19,5). Wchodząc do domu celnika, przywrócił mu nadzieję: „Dziś zbawienie stało się udziałem tego domu” (Łk 19,9). Zaś celnik przemienił się w jałmużnika niosącego pomoc ubogim.

W sytuacji, gdy wielu młodych nie widzi dla siebie perspektyw w Polsce i decyduje się na emigrację, gdy inni zamykają się w sobie, popadają w alkoholizm, narkomanię i inne uzależnienia, gdy wśród młodzieży i dorosłych plenią się różne formy neopogaństwa, szczególnie potrzeba czynnego świadectwa chrześcijan. Potrzeba wyciągniętej ręki, przyjaznego uśmiechu, modlitwy i mądrego brania odpowiedzialności za to, co dzieje się wokół nas.

Właśnie teraz, gdy podważa się fundamenty życia rodzinnego, gdy modne stają się związki na próbę, bez żadnych zobowiązań, Kościół prowadzi nas w Adwencie jak co roku do Betlejem – do domu chleba, w nadziei, że wpatrywanie się w przykład Najświętszej Rodziny będzie dla nas inspiracją do jej naśladowania. Że staniemy się świadkami i apostołami świętości życia rodzinnego.

Chrześcijanie nie powinni bowiem ukrywać w głębi serca owoców swojej wiary, lecz stale dawać jej wyraz swym postępowaniem oraz walką przeciw duchowym pierwiastkom zła, obecnym również w strukturach życia społecznego (por. KK 35).

W tej walce z pierwiastkami zła w życiu społecznym wiążemy spore nadzieje z nowym parlamentem, rządem i prezydentem. Szczególnie chodzi nam o konsekwentną politykę prorodzinną, ochronę małżeństwa jako związku mężczyzny i kobiety, zagwarantowanie dni świątecznych jako wolnych od pracy również dla pracowników wielkich sieci handlowych, poprawę stanu bezpieczeństwa i ukrócenie korupcji. Zdajemy sobie jednak sprawę, że żadna demokratycznie wybrana władza niczego nie zdoła naprawić bez zgodnego współdziałania wszystkich obywateli.

Oczekiwanie na powtórne przyjście Chrystusa niech nas nie odrywa od troski o sprawy doczesne. Przeciwnie, dzięki temu sumienne wypełnianie naszych zadań w życiu społecznym i rodzinnym niech zyskuje nowe motywy i nową wartość (por. KDK 21). Stając się częścią zasługiwania na szczęście wieczne.

Niech te krótkie adwentowe dni przypominają Wam wszystkim: kapłanom, siostrom zakonnym i ludziom świeckim, potrzebę pielęgnowania w sobie tej nadziei, którą mamy od Boga. „Bądźcie cierpliwi i umacniajcie serca wasze, bo przyjście Pana jest już bliskie” (Jk 5,8).

Na dobre przeżycie Adwentu i odnowienie w każdym z Was wiary, nadziei i miłości z serca Wam błogosławię

+ Sławoj Leszek Głódź
Biskup Warszawsko-Praski

Dod. Ks. Wojciech Lipka 23.11.2005 o 0.57