Diecezja Warszawsko-Praska
Złote żniwa
Czyje to żniwa? Kto na nich skorzysta, a kto straci?

KAI: Czy książkę Jana Tomasza Grossa „Złote żniwa” możemy zaliczyć do literatury naukowej?

Prof. Jan Żaryn: Sam autor mówi, że jest to esej, a więc gatunek literacki niemający wiele wspólnego z działalnością naukową. Problem polega na tym, że jest to książka napisana przez osobę inteligentną i potrafiącą się posługiwać piórem. Opracowanie to nie jest adresowane do ludzi znających temat, lecz cynicznie skierowana została do ignorantów, aby ich w tej ignorancji utrwalić. Jest to książka z tezami, które mają charakter napaści na pozytywny wizerunek zachowań z przeszłości, jaki Polacy na ogół mają na swój temat. Wizerunek ten mówi, że byliśmy narodem heroicznym, w czasie II wojny światowej nie mieliśmy Vidkuna Quislinga, lecz walczyliśmy i stworzyliśmy polskie państwo podziemne, co było ewenementem w skali europejskiej. W tym pozytywnym wizerunku jest też miejsce na pamięć o tym, że ratowaliśmy Żydów z narażeniem życia własnego i bliskich.

Taki wizerunek Polaków irytuje Jana Tomasza Grossa. Pragnie więc przekazać światu insynuację, że jesteśmy zupełnie innym narodem. Narodem, który de facto podporządkował się Hitlerowi. Narodem, który dlatego, że jest katolicki, to tym bardziej był skłonny do mordowania, rabowania i donoszenia na Żydów, gdyż katolicyzm związany jest z postrzeganiem Żydów wyłącznie poprzez pryzmat odpowiedzialności za śmierć Chrystusa. Wobec tego zemsta lub wroga obojętność dla katolików jest czymś naturalnym. Nie muszę dodawać, iż tezy te są przede wszystkim prymitywne, wysyłane w świat nieznający realiów relacji polsko-żydowskich tak przed 1939 r., jak i powstałych w totalnie zmienionych warunkach okupacyjnych.

Jest to książka oparta na dziwnej „metodologii”. Jej narracja przeplatana jest nieustannie przypomnieniami o pewnym zdjęciu wykonanym niedługo po wojnie na terenie obozu w Treblince. Widać tam grupę chłopów i mundurowych na tle ludzkich czaszek, szczątków ofiar. Choć ani autor, ani my nie wiemy, kogo przedstawia fotografia i co ci ludzie tam naprawdę robili, Gross w pewnym momencie wypowiada kategoryczną tezę, że wie już wszystko, a nawet więcej. Np. wyraz twarzy jednej z siedzących tam kobiet jest wyrazem osoby bezwstydnej, która pewnie musiała ustawicznie zajmować się grabieżą Żydów. Jest to przykład „metodologii” stosowanej przez Grossa, na której oparte jest całe przesłanie tej książki. Po artykule w „Rzeczpospolitej”, którego autorzy dotarli do historii tego zdjęcia, wiemy przynajmniej tyle, że Gross nie zainteresował się dotarciem do prawdy.

Jak zawsze przy okazji pojawiania się kolejnych prac tego pana, zachodzi podejrzenie, że sensu jej wydania należy szukać w sferze pozamerytorycznej. Jak sądzę, Gross pełni rolę forpoczty wobec bardziej naukowych publikacji, jakie niebawem mają ponoć ujrzeć światło dzienne. A będzie to analiza dokumentów, jakie przedstawi grupa takich historyków jak prof. Barbara Engelking-Boni, dr Dariusz Libionka czy dr Jacek Leociak i dr Jan Grabowski. Nie można im zarzucić nierzetelności warsztatowej. Będą próbowali szczegółowo ukazać, co działo się w poszczególnych miejscowościach Generalnej Guberni. Ukazywać będą postawy Polaków – negatywne i pozytywne. W jednym z ostatnich numerów „Tygodnika Powszechnego” wyartykułowali jednak tezy bardzo podobne do tez Jana Tomasza Grossa. Sam jestem ciekaw, jak zanalizują źródła – szczególnie powojenne procesy z dekretu z 31 VIII 1944 r. (tzw. „sierpniówki) – w których znajdują się liczne przypadki oskarżeń o zabójstwo Żydów w czasie wojny. O kolaborację z Niemcami (a te czyny zaliczano do tej kategorii) oskarżano także polskich niepodległościowców, lokalnych żołnierzy AK, BCh czy NSZ, szczególnie z formacji akcji specjalnej, którzy wykonywali wyroki śmierci np. na kolaborantów. Trudno często dociec prawdy, gdyż pod wpływem tortur oskarżeni przyznawali się do – być może – nie popełnionych czynów, a jeśli popełnionych, to z racji wykonania wyroku na wrogu Polski. W czasach stalinowskich udowadnianie swoich racji nie chroniło przed stryczkiem, a wręcz odwrotnie, przybliżało do niego. Problem polega na tym, że trzeba te dokumenty czytać z nadzwyczajną ostrożnością i do końca, także tę ich część, która pochodzi z lat po 1956 i po 1989 r., kiedy to wychodzący z więzień lub ich rodziny - wówczas oskarżanych haniebnie ludzi o kolaborację z Niemcami - próbowały szukać sprawiedliwości odwołując swoje zeznania.

Drugim problemem metodologicznym jest – widoczna u wyżej wymienionych historyków – kwestia przyjęcia wrażliwości i pamięci żydowskiej za obiektywne, co z góry oddala tych autorów od chęci zaprezentowania faktycznych racji i uwarunkowań strony polskiej. Przykładowo, fakt, że ludzie Kościoła przede wszystkim starali się nieść pomoc Żydom zmuszanym przez Niemców do przebywania w getcie, wynikał nie z selekcji osób potrzebujących według cynicznego klucza, ale z racji realnych uwarunkowań, w tym postawy Żydów ortodoksyjnych. Podobnie fakt, że Polacy pomagali Żydom za pieniądze, nie wynikał z chciwości, choć i takie przypadki istniały, ale z racji obiektywnej sytuacji ekonomicznej w GG, w którym Niemcy stłoczyli także Polaków (m.in. wypędzonych z Kraju Warty), w którym ceny żywności przemycanej do miasta siłą rzeczy rosły, a wielu Polaków potraciło od 1939 r. pracę lub dochody bo przestaliśmy mieć wolne państwo (urzędnicy państwowi, samorządowi, nauczyciele, udziałowcy spółek, itd., itd). Obawiam się, że ten kontekst polski – niech będzie że egocentryczny - autorom umknie zbyt łatwo, choćby dlatego, że siłą rzeczy nie był obecny w pamięci żydowskiej opartej na własnym, równie egocentrycznym i spaczonym zarazem, polu widzenia ówczesnej rzeczywistości.

KAI: Zasadnicza teza książki Jana Tomasza Grossa brzmi, że Polacy pomagali Niemcom w zagładzie Żydów. Autor informuje, że podczas wojny zamordowaliśmy od 100 do 200 tys. Żydów. Jaka jest wiedza na ten temat polskiej historiografii?

- Przede wszystkim wiadomo, że podczas wojny Polakom udało się uratować 50 – 60 tys. Żydów. Są też liczby szacujące liczbę uratowanych na 100 tys.

KAI: Dlaczego tylko tyle, biorąc pod uwagę, że mieszkało tu ich ponad 3 mln?

- Dlatego, że podstawowym warunkiem uratowania Żyda była trudna dla niego decyzja o przejściu na stronę aryjską. Wiązało się to z odejściem z własnego środowiska, rozstaniem się z bliskimi, porzuceniem ich, po to, aby ratować się samemu. Relatywnie najłatwiej było to uczynić tym Polakom pochodzenia żydowskiego, którzy byli osadzeni w kulturze tego państwa i narodu (np. Żydom katolikom) lub znającym Polaków z racji bliskości ideologicznej (np. z racji wspólnej pracy politycznej w partiach lewicowych, w tym prosowieckich).

Jako historycy nie potrafimy sobie poradzić z dokładnym określeniem liczby uratowanych. Proszę pamiętać, że punktem odniesienia są ustawy norymberskie III Rzeszy, a nie faktyczna świadoma przynależność do narodu, dla którego przed 1939 r. najżywotniejszymi odniesieniami tożsamościowymi były wyznanie mojżeszowe i syjonizm. Tym trudniej jest powiedzieć, ile dzieci żydowskich zostało uratowanych. Pewną formą weryfikacji, które z dzieci było żydowskie, było zgłoszenie się po nie po wojnie jego żydowskiej rodziny. Ale wiadomo, że wiele rodzin nie przeżyło wojny. Bardzo wiele z żydowskich dzieci zostało ochrzczonych i wprowadzonych na trwałe do polskiego kręgu rodzinnego. Często nawet one same nie wiedziały, że zdaniem Hitlera były Żydami. Znam kilka takich relacji. Np. ks. Kosowicz opowiada, jak dwie siostry z jego wioski uratowały 8-letnią dziewczynkę żydowską. Jedna z kobiet nawet nie wiedziała, że jest to dziecko żydowskie. Po wojnie przybyli jej krewni z Izraela, by ją zabrać. Marysia – bo takie imię jej nadano – miała już kilkanaście lat i była na tyle przywiązana do swej opiekunki, że była przekonana, że jest to jakieś porwanie. Ostatecznie pozostała w Polsce.

Dodatkowy problem weryfikacyjny wynika stąd, że wiele metryk dotyczących chrztu dzieci żydowskich z czasów wojny jest do dziś niedostępnych, być może na prośbę polskiej rodziny, która przyjęła dziecko i prosiła o zachowanie tego w tajemnicy. Wiele ksiąg metrykalnych zostało zniszczonych. Jest to także – być może - wynik przyrzeczeń kapłanów. Wiemy jedynie, że np. w getcie warszawskim w okresie po 1940 r. lawinowo wzrasta liczba konwersji, a administrator apostolski abp Stanisław Gall zezwala na skrócenie procedur przyjmowania Żydów do Kościoła. W związku z tym podawana dziś liczba 50 - 60 tys. uratowanych jest dość problematyczna, w istocie może być ona o wiele większa.

KAI: Gross pisze, że ok. 200-250 tys. Żydów uciekło Niemcom z transportów, kiedy wywożono ich na śmierć. Jaki był ich dalszy los?

- Taka liczba Żydów, którzy uciekli, wynika także z badań historyków Barbary Engelking-Boni czy Dariusza Lebiodki. Trudno jest kwestionować ich warsztat historyczny. Po analizie różnego rodzaju akt, głównie niemieckich, dowodzą, że taka ilość Żydów znalazła się poza gettami np. w wyniku ucieczek z transportu.

Gross tę informację potraktował w ten sposób, że od tej liczby odjął ilość ocalonych po wojnie i wyciągnął wniosek, że resztę zamordowali Polacy. Rzeczywistość jest o wiele bardziej skomplikowana.

Gross pomija taką kategorię osób jak partyzanckie oddziały żydowskie, złożone w dużej mierze z mężczyzn, którzy uciekli ze wspomnianych transportów. Niestety jednak, z punktu widzenia lokalnej polskiej społeczności były to oddziały bandyckie, gdyż grabiły i napadały okoliczne wsie. Jednocześnie – jak wiemy np. na Kresach - opiekowały się obozowiskami, gdzie przebywały ich kobiety i dzieci. Był to rzecz jasna dramat dla obydwu stron, ale każdy dramat polega na tym, że obydwie strony miały swoje racje.

KAI: Jaka była skala tej „partyzantki”?

- W oparciu o cząstkowe badania można stwierdzić, że takie oddziały w różnych miejscach Polski były obecne. Przykładowo w Koniuchach na Nowogródzczyźnie, gdzie wymordowano polskie rodziny zaangażowane w pomoc dla partyzantki AK-owskiej. Zrobiły to organizowane przez sowietów oddziały partyzanckie składające się m.in. z Żydów.

Trudno, aby polskie rodziny - w sytuacji zagrożenia - nie broniły się, np. donosząc Niemcom. Nie było to dobre ani szlachetne, ale trzeba zrozumieć, że był to jakiś sposób na ochronę własnych żon i dzieci. Niekiedy szukano ochrony w Armii Krajowej, która – tam gdzie była silna – pomagała. Z kolei żydowskie oddziały, czy częściej komunistyczne uważały taką wieś za AK-owską, a więc kwalifikującą się do wyniszczenia, np. niemieckimi rękami. Dochodziło także do walk oddziałów Armii Krajowej czy Narodowych Sił Zbrojnych z oddziałami żydowskimi. Na Kielecczyźnie walczyli z nimi głównie NSZ-towcy. To fakt, że oddziały żydowskie znajdowały się w bardzo trudnej, dramatycznej sytuacji. Zderzały się dwie tragiczne sytuacje: polska i żydowska. Problem ten dla Grossa nie istnieje. Podobnie jak zachowania komunistów, o których pisał w swej fundamentalnej pracy Piotr Gontarczyk dowodząc m.in., że dowódcy partyzantki komunistycznej podejmowali decyzję o wymordowaniu chronionych rzekomo Żydów (z powodów głównie materialnych). Jego teza jest wręcz taka, sam takich badań nie prowadziłem, że Żydzi decydujący się na wstępowanie do AK czy NSZ mieli dużo większą szansę na przetrwanie, gdyż tam nie pytano, czy jesteś Żydem (przykład Stanisława Aronsona z AK, czy lekarza dr Jana Zarychty „Żara” z Brygady Świętokrzyskiej NSZ) w odróżnieniu od oddziałów GL i komórek PPR dowodzonych przez Grzegorza Korczyńskiego, gdzie zabierano kosztowności żydowskie, a ich właścicieli mordowano.

KAI: Co to są „sierpniówki”?

- Są to materiały z procesów odbywających się na mocy dekretu PKWN z 31 sierpnia 1944 r. o kolaboracji z Niemcami. Na tej podstawie sądzono autentycznych kolaborantów, aktorów grających w teatrzykach niemieckich, redaktorów gadzinówek, ale także biskupa gdańskiego Karola M. Spletta. Pod konie lat 40. na podstawie "sierpniówek" skazywano także żołnierzy AK, Narodowych Sił Zbrojnych i Batalionów Chłopskich, których po prostu chciano wsadzić do więzienia. Posługując się metodami nacisków i tortur, powodowano, że delikwent przyznawał się, że zabił AL-owca, GL-owca czy Żyda. Automatycznie było to interpretowane jako działalność na rzecz Niemców. Gross traktuje to źródło jako obiektywne. Tymczasem jest ono mocno niewiarygodne.

KAI: I w oparciu o to Gross stawia tezę, że w 1941 r. w niemal każdej polskiej wsi działo się to co w Jedwabnem. Dowodzi, że zabijanie Żydów przez polskich sąsiadów było niemal powszechną praktyką, szczególnie po wkroczeniu Niemców na polskie tereny okupowane przez ZSRR. Co Pan na to jako historyk?

- Z pewnością powszechna była niechęć i nienawiść do Żydów na ziemiach pozostających pod sowiecką okupacją w latach 1939–41. Co do tego nie ma wątpliwości. Pisał o tym przede wszystkim Jan Karski, jak i inne źródła delegatury rządu. Podobnie brzmią relacje żołnierzy gen. Władysława Andersa.

KAI: Skąd taka nienawiść?

- Powód był jeden: utożsamianie Żydów z kolaborantami sowieckimi. Sami Żydzi napracowali się, aby taką opinię o sobie wyrobić. Niewątpliwie ma racje prof. Krzysztof Jasiewicz, czy też prof. Jerzy R. Nowak, stawiający tezę, że wielu obywateli II RP pochodzenia żydowskiego dopuściło się na terenach zajętych przez Sowietów zdrady stanu. Np. w Grodnie bojówki żydowskie już w 1939 r. stanowiły piątą kolumnę dla nadciągających sowietów. Nie jest to opinia sprawiedliwa, bo byli i kolaboranci polscy, ale Żydzi – np. milicjanci w czerwonych opaskach na rękawach - byli bardziej widoczni, czasem wręcz nachalni w swym świętowaniu wobec nadchodzących oddziałów sowieckich, w mordowaniu Polaków. Fakty, takie jak zamordowanie przez Żydów 12 oficerów polskich w Grabowcu (powiat Hrubieszów) z przybiciem ich gwoździami do podłogi, musiały pozostawić głębokie rany w pamięci polskiej.

Warto wiedzieć, że w sensie politycznym Żydzi przed wojną – mam na myśli elity formujące tak jak i dziś w Polsce pewne programy ideowe - grupowali się wokół dwóch głównych nurtów. Po pierwsze były to ugrupowania syjonistyczne prowadzące bardzo ciekawą „politykę historyczną” wobec mas żydowskich, zakładające, że Żydów trzeba bądź wyprowadzić z państw europejskich, bo grozi im tam asymilacja i utrata tożsamości, bądź czasowo utrzymać w warunkach istniejących nacisków nacjonalistycznych, ale wspierając jednocześnie siły je rozkładające, czyli np. Sowietów bądź komunizm (zob. np. poglądy E. Ringelbluma). Po drugie były to ugrupowania lewicowe, twierdzące, że trzeba poprzeć rewolucję i Związek Sowiecki, a to dlatego, że zniszczy on państwa narodowe Europy, gdzie dominują niebezpieczne dla Żydów tendencje. W myśleniu Żydów istniała oczywiście potrzeba zachowań lojalnych wobec Polski, póki to państwo trwa, ale przed jego powstaniem i po jego upadku Polska dla elit żydowskich nie była – rzecz jasna – najważniejszym celem i potrzebą ich życia. Przeważało, rzecz jasna, myślenie w kategoriach egoizmu żydowskiego.

Dowodzi tego także analiza prasy żydowskiej wychodzącej w Warszawie w początkach wojny. Widać z niej, że w świadomości Żydów nie było dwóch okupacji Polski. Była tylko okupacja niemiecka oraz nadzieje na wejście sowietów w 1939 r. To była zupełnie inna perspektywa polityczna, daleka od polskiej racji stanu. Pisała o tym Teresa Prekerowa. Podczas wojny istniała ogromna różnica pomiędzy celami polskimi, polegającymi na dążeniu do odzyskania niepodległości, a celami żydowskim. Żydzi oczywiście przeciwstawiali się okupacji niemieckiej, gdyż była dla nich śmiertelnym zagrożeniem; szukali pomocy charytatywnej dla gett od Amerykanów, od rządu RP na uchodźstwie, ale Polska jako cel walki politycznej nie była dla większości bezdyskusyjna, a raczej uwarunkowana tym czy powojenna Polska nada Żydom pełną autonomię. Jednocześnie nadal przeważały idee syjonistyczne i prokomunistyczne. Oczywiście, wszystko się zmieniło, gdy w połowie 1942 r. dotarła do mieszkańców gett tragiczna świadomość nieuchronności śmierci. Trudno się dziwić, że takie postawy wywoływały niechęć ze strony części Polaków, szczególnie polskiej prawicy. Zofia Kossak nie bez racji pisała w słynnym apelu „Protest”, by chrześcijanie pomagali Żydom, gdyż obojętność stanie się formą ich kolaboracji z Niemcami, ale też podkreślała, iż postawa Polaka-chrześcijanina jest niezależna od niechętnych Polsce poglądów żydowskich. Pisała zatem: „Ginący Żydzi otoczeni są przez samych umywających ręce Piłatów” – mając na myśli świat – „Nie chcemy być Piłatami”. I dodawała: „…zdajemy sobie sprawę z tego, iż nienawidzą nas oni [Żydzi] więcej niż Niemców, że czynią nas odpowiedzialnymi za swoje nieszczęście. Dlaczego, na jakiej podstawie – to pozostaje tajemnicą duszy żydowskiej, niemniej jest faktem nieustannie potwierdzanym. Świadomość tych uczuć jednak nie zwalnia nas z obowiązku potępienia zbrodni”. Ciekawe, że do dziś nikt nie napisał obiektywnego tekstu naukowego krytycznie odnoszącego się do tego fragmentu „Protestu”.

KAI: Ale dlaczego niechęć wobec Żydów miała prowadzić do kolaboracji z Niemcami?

- Wcale nie musiało to oznaczać, że Polacy niechętnie nastawieni do Żydów automatycznie stawali się kolaborantami. Einsatzgruppen niemieckie w 1941 r. wkraczały na tereny postsowieckie, a ich celem było organizowanie pogromów przy pomocy ludności polskiej, wykorzystując istniejące tam antyżydowskie nastroje. Bywało, że w niektórych miejscowościach znajdowała się jakaś grupa, która w to wchodziła. Zazwyczaj jednak większość nie poddawała się prowokacji. Także z różnych powodów zamykała się w chałupach i domach. Takim nieudanym przykładem był Białystok, gdzie nie udało się znaleźć żadnych Polaków gotowych do tego rodzaju współdziałania. Niestety w Radziłowie i w Jedwabnem, a także – z tego co wiem – w innych miejscowościach, tacy Polacy się znaleźli. W Jedwabnem było to kilkadziesiąt osób, choć miasteczko liczyło bodaj kilka tysięcy. To, przepraszam za porównanie, ale ilu było żydowskich kolaborantów z Niemcami? Jak pisał prof. Tomasz Strzembosz, w samym getcie w Warszawie było ponad dwa tysiące policjantów żydowskich, z których znaczna część zachowywała się niegodnie, m.in. zaprowadzała ziomków na Umschlagplatz, czy też szantażując, żądała „działki” od Żydów i Polaków, szmuglujących żywność do getta. Bez tej żywności Żydzi nie byli w stanie, po zamknięciu getta, przeżyć dni i tygodni.

KAI: Gross mówi, że jeśli Polacy nawet pomagali Żydom, to po to, by się na tym dobrze dorobić...

- Oczywiście mówiąc o pomocy w czasie wojny, trzeba pamiętać o ówczesnych realiach. Trzeba przypomnieć, że Żydów ratowało wielu Polaków o poglądach prawicowych (pisałem o tym w jednej z książek wydanych przez IPN, za co spotkała mnie swego czasu ostra nagonka ze strony środowisk naukowych), choć – z oczywistych przyczyn – wśród ratujących było więcej przedstawicieli lewicy. To naturalne, gdyż Żydzi mieli z tymi środowiskami, wcześniej o wiele lepsze kontakty. Np. BUND żydowski w oczywisty sposób współpracował z PPS. Należy wiedzieć, jak dramatyczne były warunki ekonomiczne ludności polskiej w Generalnej Guberni. Po pierwsze blisko 900 tysięcy Polaków zostało przepędzonych z zachodniej części Polski do GG. Poza tym bardzo wielu Polaków – wraz z upadkiem państwa, jego rozlicznych instytucji - straciło pracę w 1939, i to na trwałe. Panowały więc katastrofalne warunki egzystencji. Niemcy wprowadzili rabunkową gospodarkę, wymianę pieniędzy, w końcu drastyczne normy kaloryczne dla polskiej ludności. Kartki powodowały, że każdą dodatkową – a niezbędna do przeżycia - żywność należało kupować na czarnym rynku. A rynek ten był nastawiony na maksymalizację zysków. Nie miało to nic wspólnego z rasowym czy etnicznym widzeniem świata. Ratowany Żyd, niemający żadnych kartek, pogarszał sytuację ekonomiczną polskiej rodziny, w której mieszkał; która go ratowała. Bywało, że w Warszawie - rodziny wcześniej bogate i mające duże mieszkania - podczas wojny wynajmowały za pieniądze pokój. Jeśli ktoś na tej zasadzie przyjmował Żydów, trudno się dziwić, że towarzyszyła temu konieczność zapłaty. Część mojej rodziny, chcąc przeżyć wojnę sprzedawała sukcesywnie, po potwornie niskich cenach - bo wyjścia nie było - działki z podwarszawskiego majątku. Czy to znaczy, że kupujący byli „Antypolakami”?

Druga sprawa, to postawy samych Żydów, dla których czynniki handlowe były sprawą oczywistą. Żydzi ukrywali się w polskich rodzinach w warunkach niezwykle prymitywnych, gdzieś na strychu, w ziemiance czy w piwnicy. W jednym z numerów „Zagłady Żydów”, został zaprezentowany dziennik żydowskiej kobiety, która w wraz z mężem była ratowana w polskiej rodzinie. Otaczającą ją rzeczywistość postrzegała z perspektywy tego „kąta”, w którym się znajdowała. Pieniądze, jakie posiadała zakopane gdzieś, były dla niej gwarancją, że jest kimś suwerennym wobec tych Polaków, których do końca nie zna. Nie wiedziała na jak długo może liczyć na pomoc. Z jej perspektywy był to pewien rodzaj handlu. Żyd zaczynał prosić o pomoc nie odwołując się do Pana Boga, tylko do obopólnego interesu, np. prosząc o przechowanie dobytku. Była to transakcja korzystna dla obu stron. A decyzja na nią wcale nie była łatwa. Mogło się to skończyć karą śmierci. Dzisiaj operujemy liczbą ok. 1000 Polaków zamordowanych za pomoc Żydom. Autorzy projektu INDEX prowadzonego od lat przez IPN już w marcu tego roku wprowadzą do obiegu naukowego kilkaset nowych przykładów. Nie chcę im odbierać satysfakcji z ich dokonań, stąd więcej na temat dowiedzą się państwo w marcu.

KAI: Gross stawia zarzut, że nie pomagało Żydom dostatecznie polskie państwo, działające w podziemiu.

- Cytuje Dariusza Libionkę, ale Libionka pisze od niego znacznie inteligentniej. Próbuje udowadniać, że polskie państwo przeznaczało na pomoc Żydom zaledwie kilka procent swego budżetu – głównie w latach 1942–1944. Ale wnioskuje ideologicznie, że jest to odzwierciedleniem antysemityzmu. Autor zapomina, że polskie państwo podziemne miało na celu przede wszystkim odzyskanie niepodległości. Pomoc Żydom nie mogła być priorytetem, a jednocześnie wpisywała się od samego początku w pomoc charytatywną dla wszystkich obywateli II RP – bez klucza rasistowskiego – np. dla rodzin więzionych, a zatem także Żydów, czy oficerów polskich przebywających w oflagach. Do 1941 r. do gett przybywała także – za pośrednictwem m.in. dyplomacji amerykańskiej czy też tamtejszego Czerwonego Krzyża – pomoc rozdzielana przez Samopomoc żydowską (kierowana m.in. przez E. Ringelbluma, Guzika i innych). RGO wspierało tak Polaków, jak i Żydów. Ważniejszym priorytetem od początku była np. organizacja podziemnego szkolnictwa czy ochrona dóbr kultury, a przede wszystkim przygotowanie do powstania ogólnonarodowego, szkolenie kadr, itd. Natomiast od czasów Zagłady, szczególnie w latach 1943 – 1944 znaczne sumy przenoszone do kraju z narażeniem życia w ogóle nie trafiały do odbiorców. Ginęli kurierzy, ginęły pieniądze. Pisał o tym ostatnio przekonywająco dr Waldemar Grabowski, polemizując z dr Libionką.

Zorganizowana pomoc Żydom zaczęła się nie przypadkowo po lipcu 1942 r., czyli po likwidacji 200 tys. Żydów z getta warszawskiego. Ale wspieranie Żydów przez państwo podziemne nie ograniczało się do pomocy finansowej. Towarzyszyły mu działania polskiej dyplomacji, mające na cele przekazanie na Zachód informacji o rozpoczynającej się zagładzie oraz zachętę aliantów do działań w obronie Żydów. Polska dyplomacja krzyczała na cały świat w obronie Żydów, tylko nikogo wówczas to nie interesowało. Te działania także były niebezpieczne, o czym świadczą losy „cichociemnych” skaczących do kraju, czy też licznych kurierów wysyłanych przez środowiska polityczne i struktury PPP na Zachód.

Kolejną sprawą jest troska struktur sądowych państwa podziemnego o poczucie sprawiedliwości, gdy popełniane są przestępstwa. Stefan Korboński, stojący na czele Kierownictwa Walki Cywilnej (potem jako członek KWP, kierując walka cywilną), w pracy „Polacy, Żydzi, holokaust”, informuje, że z wyroków sądów cywilnych karano szmalcowników i tych którzy dopuścili się zbrodni na Żydach. Zdarzało się nawet, iż – ku przestrodze – wypisywano fałszywe dane dotyczące osób rozstrzelanych za to przestępstwo, tak by nastraszyć potencjalnych złoczyńców. Był to rodzaj akcji edukacyjno-represyjnej, mającej na celu ochronę mniejszości żydowskiej. Książkę tę Korboński napisał w latach 80-tych, próbując wejść w dyskusję z amerykańskimi Żydami, którzy publikowali kompletne bzdury na temat Polaków. Udowadnia, że podziemne sądy zdecydowanie karały za szmalcownictwo i donosicielstwo, tam gdzie mogły dosięgnąć ze swą ręką sprawiedliwości.. Oczywiście, karano także za przestępstwa skierowane przeciwko Polakom.

KAI: Gross nazywa Kościół „wielkim nieobecnym”, który nie zabierał głosu w obronie Żydów. Wspomina tylko zwierzchnika Kościoła greckokatolickiego w Polsce, metropolitę Andrzeja Szeptyckiego.

- Poza metropolitą Andrzejem Szeptyckim i jego bratem ojcem Klemensem, ihumenem klasztoru studytów w Uniowie, dzięki którym wielu Żydów ocalała, przechowywani byli oni także w bardzo innych klasztorach katolickich bądź seminariach duchownych. Jeśli chodzi o żeńskie zgromadzenia zakonne, to – jak wskazują na to ostatnie ustalenia – nie było zgromadzenia, a bodaj i domu zakonnego, w którym by nie przechowywano (szczególnie) żydowskich dzieci. Czy to się nazywa obojętność?

Druga sprawa to pytanie, na ile ta sprawa była obecna w homiletyce podczas wojny, choćby w zawoalowany sposób, gdyż wprost o Żydach nie można była mówić. Analizowałem pod tym kątem homilie (i szkice do nich) m. in. bp. Stanisława Łukomskiego z Łomży, związanego z endecją. Bardzo konsekwentnie nauczał on czego nie wolno robić podczas wojny; wśród tych wojennych patologii wyliczał prostytucję, grabież cudzego mienia, zabójstwa pospolite, wpisujące się w politykę okupanta. Wykazywał jak głęboko Niemcy deprawują społeczeństwo polskie i zachęcał aby tej deprawacji się nie poddać. Biskupi wspierali pomoc poprzez wydawanie zezwoleń na skrócone do minimum przygotowania do chrztu św., zezwalali na fałszowanie metryk i wydawanie nieprawdziwych zaświadczeń parafialnych, a także osobiście przechowywali Żydów w swoim najbliższym otoczeniu (Przykładowo, nie ma żadnej oficjalnej wypowiedzi abp Bolesława Twardowskiego na temat wstawiania się za ludnością żydowską, z tegoż samego Lwowa co abp Szeptycki, a jednocześnie są wiarygodne relacje, że osobiście chronił w swoim najbliższym otoczeniu, w pałacu konkretna rodzinę żydowską).

Wreszcie pytanie, na ile poszczególni księża wspierali moralnie tych, co ratowali Żydów? Znam relację, kiedy Polka pyta kapłana, czy ratować konkretnego Żyda, ponieważ grozi jej i najbliższym kara śmierci. Kapłan mówi kobiecie, żeby ratowała, choć wybór w sumieniu nie był łatwy. Podobnie było z moją mamą, która dostała kilku Żydów do przechowania od s. Matyldy Getter, przełożonej sióstr Franciszkanek Rodziny Maryi. Mama, kiedy nie mogła już wytrzymać psychicznie, gdyż miała dwójkę małych dzieci (2 lata i kilka miesięcy; we dworze były też dzieci jej siostry, Jadwigi Olizar), powiedziała jej, że ma już dosyć, gdyż obawia się o los dzieci. Na co siostra spojrzała jej prosto w oczy, zadając krótkie pytanie: „A pani jest chrześcijanką?”. Mama wyszła jak niepyszna i oczywiście kontynuowała opiekę nad Żydami. To nie były łatwe wybory. Maria Okońska opisuje, jak w momencie wybuchu insurekcji w stolicy, wraz z przyjaciółkami - jako podopieczne ks. Stefana Wyszyńskiego - zadały mu pytanie – Ojcze, czy mamy iść do powstania? I odpowiedział: „tak”, a potem sześćdziesiąt parę dni i nocy modlił się o ich powrót. Zawierzyły mu i – szczęśliwie - przeżyły.

W Warszawie najbardziej znanymi kapłanami ratującymi Żydów byli Marceli Godlewski i Antoni Czarnecki z parafii Wszystkich Świętych, znajdującej się na granicy getta. Administrator archidiecezji warszawskiej bp Stanisław Gall, a potem abp Antoni Szlagowski i kanclerz kurii ks. Zygmunt Choromański dali prawo ks. Godlewskiemu jako proboszczowi Wszystkich Świętych do obsługi konwertytów, czyli ochrzczonych Żydów na terenie getta. Pozwoliło mu to nie tylko na możliwość oddziaływania ewangelicznego, ale także na uruchomienie przyspieszonej ścieżki włączania Żydów poprzez chrzest do Kościoła. Mimo, że do świątyni, pilnowanej przez Niemców mogli wchodzić tylko Żydzi konwertyci, to przychodzili tam i Żydzi ortodoksyjni. A stojąca na przykościelnym placyku figura Matki Bożej stała się jedynym zielonym miejscem w getcie – totalnie odczłowieczonym.

Chętni Żydzi mieli też możliwość przyspieszonego kursu przed sakramentem chrztu, udzielanym wspólnie z komunią św. i bierzmowaniem. Ułatwiało im to później ukrywanie się bądź przejście na stronę aryjską. Wszystko to ks. Godlewski miał prawo robić na mocy decyzji warszawskiej kurii. Od bp. Stanisława Galla, administratora archidiecezji, uzyskał nawet pozwolenie na fałszowanie dokumentów metrykalnych. Kapłan wystawiał fałszywe zaświadczenia z rzekomo istniejących ksiąg metrykalnych. Nagle okazywało się, że w parafii ks. Godlewskiego Żydów-katolików było o kilkuset więcej. Potem dzięki tym kapłanom co najmniej setka Żydów zdecydowała się przejść na aryjska stronę; część z nich była chroniona w podwarszawskim domu ks. Marcelego, ofiarowanym przez niego siostrom zakonnym. Takich przykładów heroicznych kapłanów jest wiele, wiele więcej: ks. Leon Pawlina, po wojnie zaszczuty przez komunistów, ks. Stanisław Tworkowski z Żoliborza, ks. dr Julian Gołąb z Krakowa, itd. itd.

W Warszawie wyróżniał się także Dom Bauduoina założony przez księży misjonarzy, będący jednym z najstarszych schronień dla dzieci porzuconych. Personel domu pomagał "Żegocie" ratującej żydowskie dzieci - znajdował polskich rodziców, także wśród chłopów np. z Grójecczyzny, umieszczał dzieci w klasztorach, poświadczał, że dzieci z getta są sierotami z tego zakładu, tworzył więc fałszywe "aryjskie" dokumenty, zwiększające szanse dziecka na przeżycie wojny. W Domu ks. Baudouina zostało uratowanych blisko 200 dzieci żydowskich.

Najbardziej jednak poraziła mnie u Grossa inwektywa skierowana wobec kardynała Adama Sapiehy. Próbuje on zniszczyć jego autorytet, tak ważny dla wielu polskich katolików.

Tymczasem kard. Adam Sapieha – jak dowiódł m.in. zbierający relacje na jego temat reżyser Bartłomiej Mieczysław Fogg - pozwalał na masowe wystawianie Żydom fałszywych metryk. Ponadto nakazał proboszczom mówić - w sytuacji jakiejkolwiek rewizji niemieckiej - że księgi są w Pałacu arcybiskupim, a chętnych do ich weryfikacji arcybiskup metropolita zaprasza do siebie. Wiadomo też, że na terenie seminarium duchownego, które mieściło się w rezydencji kard. Sapiehy w Krakowie, znajdowali się klerycy pochodzenia żydowskiego.

Gross dziwi się, że Sapieha w korespondencji przekazywanej do Watykanu nie opisuje dramatu narodu żydowskiego, tylko los społeczności polskiej. To fakt, że w tej korespondencji punkt ciężkości jest położony na katolikach i Polakach. Ale przede wszystkim pisał Sapieha o formach prześladowania człowieka przez Niemców, o egzekucjach, o przymusowych wywózkach na roboty, o śmierci w obozach koncentracyjnych, itd. Dlaczego tak się dzieje? Otóż musimy pamiętać, że jedynym narzędziem nacisku Stolicy Apostolskiej na władze Trzeciej Rzeszy była ambasada w Berlinie. Papież miał prawo występować na rzecz obrony katolików. Gwarantował to konkordat. Nie było szans, aby Niemcy rozmawiali z przedstawicielem Stolicy Apostolskiej na inne tematy niż zmuszało ich do tego prawo międzynarodowe. A i na te nie chcieli rozmawiać. To za sprawą m.in. abp Sapiehy, po jego dopominaniu się, aby Stolica Apostolska potępiła zbrodnie niemieckie, z Watykanu popłynęły przez radio słowa z papieskiego orędzia wigilijnego w 1942, potępiające rasizm i zagładę ludzi tylko na podstawie ich narodowości.

A więc oskarżanie Sapiehy podyktowane jest zwykłą nieznajomością sytuacji. A gdyby Gross zajrzał do innej dokumentacji bądź opracowań, to zobaczyłby całą mechanikę udzielania pomocy Żydom przez Stolicę Apostolską. Odbywało się to m. in. poprzez nuncjatury w Ameryce Południowej, Ameryce Środkowej czy poprzez Portugalię Salazara. Chodziło o to, aby Żydzi mogli uciekać tą drogą. Tam, za oceanem nie czekano na nich z otwartymi ramionami; trzeba było walczyć metodami chrześcijańskimi, aby tamtejsze kraje katolickie przyjęły uciekinierów. Dodatkowo byli oni finansowo wspomagani przez Stolicę Apostolską, aby mogli pokryć podróży z Europy. Cóż Papież miał robić innego? Czy sami Żydzi amerykańscy zrobili więcej? Metody ratowania Żydów przez Kościół powszechny były wpisane w możliwości, jakimi dysponował.

Jeśli chodzi o Kościół w Polsce, to najważniejsza była postawa konkretnych księży oraz zgromadzeń zakonnych ratujących Żydów. Na ten temat mamy wiedzę olbrzymią. Wynika z niej wyraźnie, że w niemal wszystkich zgromadzeniach, zarówno habitowych jak i bezhabitowych, znajdowały się wspaniałe postaci sióstr, które – często w tajemnicy przed innymi, aby trudniej było rzecz zdekonspirować – przyjmowały pod opiekę także dzieci żydowskie, aby je ocalić. Ukrywano rzecz jasna także Polaków zagrożonych aresztowaniem. Pięknie o tych spotkaniach i lękach kobiet ukrywających się w jednym z klasztorów pisała żona działacza „Ojczyzny” z poznańskiego, Kiryłowa Sosnowska.

KAI: Czy sprawdza się teza, że im ktoś był dojrzalszym chrześcijaninem, tym bardziej pomagał Żydom?

- Nie ma cienia wątpliwości, że najsilniejszą motywacją do ratowania Żydów był katolicyzm. Jeśli za punkt wyjścia weźmiemy zespoły archiwalne zgromadzeń żeńskich czy relacje zebrane przez Komitet dla Upamiętnienia Polaków Ratujących Żydów oraz przez Radio Maryja, to znajdziemy tam na to bezpośrednie dowody.

Była też i inna motywacja. Pomaganie Żydom było wpisane w szeroki zestaw postaw antykolaboracyjnych, inspirowanych przez Polskie Państwo Podziemne. Pomaganie Żydom było czymś oczywistym dla ludzi, którzy funkcjonowali w jego szerokiej orbicie. Tymczasem Gross stawia karkołomną tezę, mówiąc, że polskie elity przyzwalały na mordowanie, a potem na grabienie Żydów. Żadne źródła tej tezy nie potwierdzają. Normą były zachowania patriotyczne i zgodne z sumieniem chrześcijańskim. Nie znaczy to, niestety, że do tych norm wszyscy dorastali…

Rozmawiał Marcin Przeciszewski

Przedruk za Internetowym Dziennikiem Katolickim KAI

Dod. Ks. Wojciech Lipka 31.01.2011 o 23.11, akt. 1.02.2011 o 15.08